CZY SOLIDARNOŚĆ UCZNIOWSKA JEST DOBRA NA WSZYSTKO? Autor: Lora Pawliszcze

Od zarania dziejów łączymy się w większe lub mniejsze społeczności. Motywacje były i są różne, lecz jedna z nich, mianowicie potrzeba ludzkiego wsparcia, towarzyszy nam od zawsze i nie traci na aktualności.
Wszystko jednak ma swoją cenę. Każda wspólnota ludzka powstaje na bazie określonego pisanego lub niepisanego kodeksu, podporządkowanie się któremu stanowi warunek zostania jej członkiem. Dla jednostki oznacza to konieczność wniesienia korekt do osobistych wyborów. Dlatego niejednokrotnie iskrzy pomiędzy tym, co wolelibyśmy, a tym, co nam wolno. Zresztą, nie może być inaczej, skoro tylko w dzieciństwie odbieramy świat bez zastrzeżeń, gdy już w okresie dorastania dochodzą do głosu samoświadomość oraz zdolność do refleksji, a zatem pojawia się możliwość krytycznej i zarazem samodzielnej oceny tego, co ofiaruje otoczenie. Owy krytycyzm jest o tyle zbawienny, iż życie weryfikuje raz przyjęte założenia i dlatego wyjście poza ich ramy może się okazać jedyną szansą samorealizacji. Jednak skorzystanie z takiej szansy wymaga niemałej odwagi osobistej, ponieważ otoczenie często odbiera to jako atak na jego system wartości ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Tak się składa, że początki kształtowania osobowości oraz poznawania zasad życia społecznego zbiegają się w czasie z okresem edukacji szkolnej. W rezultacie to, co w tym względzie ofiaruje szkoła, tak czy inaczej zaznacza się na trybie i jakości naszego przyszłego życia.
Szkoła tymczasem jest projekcją społeczeństwa, w niej jak w soczewce zebrane są reguły gry panujące w świecie dorosłych. Dlatego przestępując próg szkoły od zaraz trafiamy na półkę wyznaczoną przez hierarchię społeczną. W zależności od miejsca w szeregu naszym udziałem staje się wyizolowanie, a nieraz szykany, lub, druga skrajność, wszech przyzwolenie. Taki stan rzeczy zdezorientowane dziecko odbiera w pierwszym przypadku jako skutek własnej ułomności, zaś w drugim jako prawo na bezkarność. W obu zaś przypadkach grozi to zaburzeniem osobowości dziecka. Dlatego tak ważna jest świadomość tego, iż szkoła jest miejscem poznawania nie tylko podstaw matematyki itd., lecz również zasad stosunków społecznych, a zatem przedmiotem troski nauczycieli musi być wyrobienie u uczniów nie tylko pracowitości, obowiązkowości czy zdyscyplinowania, lecz również wrażliwości społecznej.
Poza czynnikami społecznymi źródłem dyskomfortu życia szkolnego są pospolite ludzkie przywary. Jedną z takich przypadłości jest brak tolerancji wobec myślących inaczej. W rezultacie rozwój intelektualny każdego ucznia z osobna staje się zależny nie tylko od jego osobistych ambicji, lecz również od tego, czy jego postawę akceptuje reszta zespołu klasowego.
Tymczasem, jak uczy mądrość ludowa, tendencje dominujące w naszym otoczeniu mogą być różne: „Na bezrybiu i rak ryba”(tolerancja bylejakości), „Lepiej zgłupieć z mądrym niż zmądrzeć z głupim”(preferencja pozytywnych wzorców), „Jak trafiłeś między wrony, będzie krakał jak i ony”(negacja odmiennych postaw) itd.
Otóż, w każdej klasie znajdziemy sympatyków przeróżnych opcji. Nie brakuje więc również zwolenników brnięcia po linii najmniejszego oporu i w rezultacie stosowania metod pokrętnego zdobywania profitów. Nierzadko natura obdarza takie jednostki cechami przywódczymi, co gorsza, czasami w parze ze skłonnością do narzucania innym swojego systemu wartości. Stąd niemalże pewne, że wcześniej czy później jednostki te sięgną po przywództwo w klasie, więcej, stworzą lobby wymuszające na reszcie kolegów obniżenie lotów. Niejeden nauczyciel zna to z autopsji. Mnie również zdarzało się uczyć w klasach, w których prym wiodło lobby właśnie takiego rodzaju. Ponieważ wysiłek umysłowy jest o rzędy trudniejszy od pamięciowego odtwarzania informacji, to próbowano zmusić mnie do przejścia na werbalny tryb nauczania i jednocześnie oceniania płynnie recytowanych tekstów książkowych wysokimi notami. O ile uparcie nie obniżałam poprzeczki, wypowiedziano mi wojnę. Metody były różne: od prób rozwalania lekcji po konsekwentne ignorowanie motywacyjnego aspektu omawianych zjawisk. Spytałam więc uczniów, czy to, co się dzieje na moich lekcjach, jest tylko moim udziałem. Usłyszałam, że gdzie indziej jest o niebo gorzej. Pytając zaś o reakcję wychowawcy dowiedziałam się, że sprowadza się ona tylko do płaczu i narzekania. Niestety, w kwestii wychowania, podobnie jak w medycynie, łatwiej zapobiegać niż leczyć.
Niemniej profilaktyka nie należy do łatwych zadań wychowawcy klasowego. Na to się składa kilka istotnych powodów. Po pierwsze, solidarność grupowa jest dla uczniów wartością nadrzędną. Trudno się temu dziwić, gdyż każdy był uczniem i dobrze wie jak wiele zależy od przychylności lub jej braku ze strony kolegów. Poza tym rozwiązanie problemu wymaga rozeznania w relacjach miedzy uczniami, gdy tymczasem klasa ma dwa oblicza: jedno dla oczu wychowawcy i drugie przed nimi skrzętnie ukrywane. I w tej kwestii racja po stronie uczniów, bowiem nie odsłaniając całej prawdy o sobie zostawiają pola na odrobinę ułańskiej wyobraźni czy chwilę słabości, innymi słowy, mogą uwolnić się od permanentnego bycia pod pręgierzem sankcji. Nie ułatwia sprawy również to, że metody wychowawcze nie mogą kolidować z etyką życia społecznego. Na przykład trudno uznać za dobre wyjście z sytuacji znaną nam z życia praktykę korzystania z usług tzw. zauszników.
W takich realiach jedyną niebudzącą zastrzeżeń bronią wychowawcy pozostaje jego własna spostrzegawczość oraz przenikliwość psychologiczna. Na szczęście nic się nie dzieje bezobjawowo. Ratuje również to, że mniej więcej wiadomo kiedy należy być szczególnie czujnym. Chodzi mianowicie o drugą klasę licealną, bowiem wcześniej aktywność niepożądanych liderów paraliżuje onieśmielenie z powodu wejścia w zupełnie nowe otoczenie oraz braku rozeznania w tym otoczeniu.
Nie mniej trudnym jest wybór sposobu zapobiegania niekorzystnym układom klasowym. Nie ma na to uniwersalnej recepty. Znacznie łatwiej jest wymienić te posunięcia, które niechybnie prowadzą do pirrusowego zwycięstwa.
Przede wszystkim nasze metody nie powinny zrażać do nas samych. Do takich metod należą między innymi metody represyjne. Mimo najlepszych intencji głównym przegranym zostaje wówczas nauczyciel, ponieważ siła zawsze jest po stronie większości. Osiąga się tylko tyle, że klasa staje się szczelnie zamkniętą enklawą. Przyczyna jest prosta. W atmosferze nacisku zaczynają czuć się zagrożeni wszyscy bez wyjątku, gdyż zawsze może wyjść na jaw, że ten i ów nie należy do klanu wymarzonych przez nauczyciela aniołków. W takim układzie szanse nauczyciela na wychowanie uczniów spadają praktycznie do zera.
Następna prawda, której uczy życie i którą warto zawsze mieć na względzie, to fakt, iż mamy ograniczony wpływ na kształtowanie postaw innych ludzi. Najmniej osiągamy wtedy, kiedy wychowanie sprowadza się do pouczeń, zaś przegrywamy wszystko, jeżeli nie cieszymy się zaufaniem uczniów i/lub nasza postawa osobista koliduje z głoszonymi prawdami. Przecież nie tylko nauczyciel obserwuje uczniów, lecz również on sam jest pilnie obserwowany i to przez znacznie większą liczbę par oczu. Nie ukryją się przed nimi obłuda czy ewidentna demagogia. Nauczyciel, który nie jest sobą, lecz udaje kogoś innego, nie może nawet liczyć na niewymuszony posłuch wśród uczniów. Przywdziewanie szat rycerza bez skazy, jak zresztą i wszechwiedzącego mędrca, z jednej strony jest nieskuteczne, gdyż uczniowie zawsze wiedzą kiedy król jest nagi, z drugiej zaś zbędne, bowiem ku pociesze stanu nauczycielskiego uczniowie przebijają niejednego ze swoich opiekunów wyrozumiałością dla ludzkich słabości.
Poza tym nasze działania w żadnym przypadku nie powinny godzić w ludzkie poczucie godności osobistej. Dlatego nie do przyjęcia jest praktyka wyszukiwania winnych i tym bardziej ich imiennego napiętnowania. Znacznie więcej osiągniemy w kwestii wychowania ufając naszym uczniom w sprawie uzdrawiania ich wzajemnych relacji. W ten sposób stawiamy na światłą stronę osobowości każdego z uczniów i, jak uczy doświadczenie, to działa. Jednocześnie ważne jest dla dobra sprawy, aby nasza postawa osobista nie budziła żadnych wątpliwości po czyjej jesteśmy stronie.
Niezaprzeczalnie społeczność szkolna jest daleka od ideału. Nasze pierwsze zderzenia z przejawami społecznej niesprawiedliwości oraz pokrętnością natury ludzkiej, które zawdzięczamy właśnie szkole, jak to nie smutnie brzmi, uczą nas żyć w realnym świecie, w którym również panuje nie tylko dobro, lecz i zło. Nie pozbawia to jednak sensu walki nauczyciela o sprawiedliwy ład, bezinteresowność, prawdomówność i odwagę osobistą wychowanków, gdyż bez uszlachetniania postaw młodych ludzi trudno liczyć na coraz bardziej doskonałe funkcjonowanie całego społeczeństwa.

Lora Pawliszcze – Lenistwo, czy brak motywacji?

Postanowiłem w ramach moich własnych badań udostępnić na mojej stronie artykuł z dziedziny totalnej reformy edukacji, przeprowadzanej poprzez zmianę mentalności człowieka, której autorką jest moja osobista mama. Naukowiec, nauczyciel, ostatecznie również jak się okazało, terapeuta pedagogiczny..
Bez zbędnych wstępów, pozostawiam Was lekturze..

Lora Pawliszcze

Lenistwo, czy brak motywacji?
=======================

Niezbyt pilnego adepta rutynowo posądza się o grzech lenistwa. Z reguły w ślad za tym pada jedynie słuszne zalecenie zabrać się do pracy, które, jak uczy doświadczenie, niekoniecznie zmienia postawę ucznia, natomiast z pewnością zwiększa prawdopodobieństwo braku akceptacji przedmiotu nauczania i/lub osoby nauczyciela.
Ogólnie chodzi o problem bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony fama niesie, że winą wszystkiemu genetyka, z drugiej zaś owa „bierność, niechęć do ruchu, wysiłku, czynu, zmian”(„Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego) ma być przejawem innej przypadłości materii, mianowicie inercji. Tak czy owak, każda z tych diagnoz ma ten sam punkt odniesienia. Tymczasem jesteśmy organiczną częścią tego świata, a w nim o stanie układów nie izolowanych, do których właśnie należymy, decyduje nie tylko natura samego układu, lecz również jego relacje z otoczeniem. Idąc więc za ciosem, zacznę tylko pozornie z daleka.
I tak, planeta nasza jest układem otwartym, za miedzą którego jest zdecydowanie zimniej. W rezultacie w imię równowagi energetycznej Ziemia powinna wyzbywać się nadwyżek energii. Ta globalna tendencja wymusza na ziemskiej materii chemicznej taką reorganizację(tzw. reakcje chemiczne), która pozwala zmniejszyć zasoby posiadanej energii wewnętrznej. Ponieważ dzięki obecności atmosfery stanowimy jednak swoistą enklawę o własnych lokalnych parametrach fizycznych, to właśnie one wyznaczają granicę spadku energii układów chemicznych. Z chwilą zejścia do tej granicy układ osiąga stan równowagi energetycznej z otoczeniem. Jest to zarazem stan, w którym układ traci zdolność do samoistnych zmian chemicznych, innymi słowy staje się chemicznie biernym.
Czy tylko schłodzenie do temperatury otoczenia zapewnia układowi stan bierny? Otóż, na energię wewnętrzną układu składa się suma jego energii kinetycznej i potencjalnej, czyli tej, która jest zaangażowana w utrzymanie więzi między atomami. Schłodzenie zaś prowadzi tylko do zrównania średniej wartości energii kinetycznej układu i jego otoczenia, natomiast nie zmienia wewnętrznej struktury układu, a zatem i jego zasobów energii potencjalnej. W przypadku, gdy wartość energii potencjalnej jest na tyle duża, że wraz ze zmniejszoną wskutek schłodzenia wartością energii kinetycznej nadal zapewnia układowi poziom energii wyższy niż u otoczenia, to wówczas układ pozostaje chemicznie aktywnym. Dla przejścia w stan bierny taki układ musiałby dodatkowo pozbyć się nadwyżek swojej energii potencjalnej, a to jest możliwe tylko w wyniku zmiany struktury układu. Chodzi mianowicie o taką zmianę, która pozwala przejść od energochłonnych wiązań chemicznych do mniej energetycznie kosztownych. Jest to proces samoistny, emanujący energię(reakcja egzoergiczna) i dający produkty chemicznie bierne. Cofnięcie takich reakcji, a więc powrót do układów górujących energetycznie nad otoczeniem, z chemicznego punktu widzenia jest możliwy, lecz tylko pod warunkiem zwrócenia przez otoczenie dokładnie takiej samej ilości energii, jaką wcześniej otrzymało(reakcje endoergiczne, tzw. procesy wymuszone).
Przykładem reakcji samoistnej, znanej jeszcze z ławy szkolnej, jest reakcja wodoru z tlenem. Niemniej, jak pamiętamy, samo otrzymanie mieszaniny tych gazów w temperaturze pokojowej nie prowadzi do wybuchu. Dla uzyskania efektu musieliśmy mieszaninę nieco podgrzać. W czym więc rzecz? Chodzi o to, że więzi między atomami zapewnia odpowiedni sposób rozlokowania elektronów walencyjnych. Zerwanie zaś starych wiązań i tworzenie nowych polega na zmianie położenia tych elektronów w przestrzeni międzyatomowej. Niezbędna w tym celu zwiększona swoboda ruchu elektronów wymaga osłabienia ich więzi z jądrami atomowymi. Możliwość taką stwarza przejście elektronów na bardziej oddalone od jąder powłoki elektronowe, inaczej przejście w tzw. stan pobudzenia. W tym celu elektrony muszą otrzymać należyty zastrzyk energii ze strony otoczenia. Dokładnie to mamy na myśli, gdy mówimy o konieczności zapoczątkowania reakcji. Otóż, ilość energii, która musi być przekazana substancji w celu uzyskania przez nią gotowości do akcji, jest miarą jej inercji, inaczej wysokości progu energetycznego, bez przekroczenia którego substancja nie objawia swojej aktywności chemicznej.
Reasumując, realizacja reakcji samoistnej w warunkach fizykalnych Ziemi wymaga inicjacji ze strony otoczenia. Jest to zabieg konieczny, lecz zarazem wystarczający, bowiem po takiej inicjacji dalsze koszty tym razem związane z rekonstrukcją układu pokrywa sam układ wykorzystując w tym celu własną uwalnianą podczas reakcji energię potencjalną. Tymczasem w przypadku procesu wymuszonego cały koszt realizacji przemiany chemicznej ponosi otoczenie.
Obok ogromnej ilości otaczającej nas materii chemicznie biernej(skały itd.), bytują na naszej planecie również substancje reaktywne. Należą do nich na przykład siarka rodzima czy węgiel kopalniany. Uchowały się jednak tylko dzięki braku dostępu do atmosferycznego tlenu, bowiem i siarka, i węgiel w reakcji z tlenem mają możliwość uwolnienia swoich nadwyżek energii potencjalnej. Z kolei wręcz obfituje w substancje reaktywne, zwane makroergicznymi, ziemska biosfera. Chodzi mianowicie o białka, cukry, tłuszcze oraz inną niezbędną dla życia organikę(tzn. związki węgla). Tak się składa, że o ich być albo nie być również stanowi tlen, natomiast bezpieczeństwo zapewnia odpowiednia budowa żywego organizmu, która skutecznie blokuje swobodny dostęp tlenu atmosferycznego do wnętrza organizmu, a w jego wnętrzu gwarantuje kontrolowany i w pełni docelowy kontakt wdychanego tlenu z tymi substancjami. Właśnie z racji zasobności energetycznej związki organiczne mogą i pełnią rolę nie tylko budulca, lecz także paliwa, kluczowego źródła energii świata ożywionego.
Ponieważ w warunkach fizykalnych Ziemi substancje organiczne mogą się tworzyć wyłącznie w wyniku procesów wymuszonych, to czyim kosztem powstają i, po drugie, w jaki sposób materia żywa wchodzi w ich posiadanie?
Otóż, w naszym otoczeniu jest naturalny dostawca energii. Jest nim Słońce. Są też organizmy obdarzone patentem na wykorzystanie jego energii(fotosynteza). Z nakazu natury należą do nich wyłącznie organizmy zielone i dlatego właśnie one są pierwotnymi wytwórcami związków węgla, natomiast pozostałe organizmy żywe żerują na ich produkcji w postaci pokarmu.
Tymczasem zróżnicowanie bytów biologicznych(ryby, ptaki itd.) może zapewnić tylko obecność w każdej z tych form życia swoistej dla niej matrycy chemicznej, na którą składają się substancje tak mineralne(nieorganiczne), jak i organiczne. Między innymi z tego powodu warunkiem życia każdego organizmu jest przebywanie w odpowiednim dla niego środowisku(np. wodnym o dogodnym stopniu zasolenia) oraz spożywanie i przede wszystkim dostęp do ściśle określonego rodzaju pokarmu. Jednocześnie istnieje konieczność dostosowania budowy pokarmowych białek, DNA i innych organicznych „kolosów” do konkretnego organizmu. Odbywa się to w ten sposób, że odpowiednia budowa przewodu pokarmowego wyklucza możliwość przenikania substancji tego rodzaju z przewodu pokarmowego do krwioobiegu. Najpierw są cięte w procesie trawienia na fragmenty mniejsze, które mają zapewnione przedostanie się do układu krwionośnego, krew zaś dostarcza te fragmenty do komórek, gdzie są ponownie łączone ze sobą, lecz już według klucza właściwego dla danego organizmu. Taka synteza jest procesem wymuszonym, a więc wymaga nakładów energetycznych. Tym razem energię musi dostarczyć organizm z własnych zasobów, co też i czyni za udziałem obecnych w nim cząsteczek- nośników energii(np. ATP). Innymi słowy, aby korzystać, najpierw trzeba mieć. Ten wymóg zapewnia organizm rodzicielski na etapie powstawania przyszłego potomka. W jaki więc sposób został „uruchomiony” przysłowiowy prarodzic? Akurat to pytanie, jak na dzisiejszy stan wiedzy, pozostaje otwartym. Tak czy owak, w ostatecznym rozrachunku życie trwa dzięki energii Słońca, tyle, że przeistoczonej w energię chemiczną.
Dotychczasowe rozważania czynią oczywistą konieczność zainicjowania spalania węgla w palenisku domowym, co zresztą i robimy za pomocą podpałki, natomiast jak to się ma do faktu, że tenże węgiel przechowywany w szczelnej, pozbawionej dopływu świeżego powietrza komórce jakkolwiek po czasie, lecz zaczyna się żarzyć bez naszej interwencji?
Przede wszystkim musimy mieć świadomość, że mamy do czynienia nie z pojedynczymi atomami, lecz stosami atomowymi, jak również to, że taki zespół atomów nie znajduje się w próżni i jest pod stałym obstrzałem ze strony cząsteczek powietrza. W gazie zaś panuje ruch chaotyczny i dlatego energia kinetyczna jego cząsteczek jest zróżnicowana. Pociąga to za sobą zróżnicowanie energii atomów węgla. W rezultacie odpowiednio duży zastrzyk energii ze strony cząsteczek powietrza stwarza dla pewnego zespołu „wybrańców” możliwość opuszczenia bryłki i wejście w połączenie z tlenem. Jeżeli to się dzieje w przewiewnym palenisku domowym, to całą wyemitowaną wówczas energię unosi ze sobą strumień powietrza, natomiast we wspomnianej komórce pozostaje w układzie i dzięki temu zostaje użyta na uaktywnienie dotąd ubogich w energię atomów węgla.
Tak więc, z podpałką czy też bez, bryłka węgla, jak zresztą każda inna organika, po wydobyciu na światło dzienne jest niechybnie skazana na zagładę. Jest to tylko kwestia czasu. I rzeczywiście, chociaż po utracie „wybrańców” średnia energia atomów bryłki leżącej w palenisku domowym spada poniżej średniej otoczenia, to po chwili zostaje przywrócona do poprzedniej wartości dopływem energii z otoczenia i dzięki temu proces utleniania węgla, a zatem pozbawiania się nadwyżek energii, wolno, na raty, ale jest kontynuowany. Podpałka natomiast od zaraz podnosi temperaturę bryłki do poziomu, przy którym staje się możliwa reakcja w skali makro, co w konsekwencji powoduje szybki zanik surowca. Towarzyszy temu silna emanacja ciepła oraz świecenie materii i tylko te zewnętrzne oznaki procesu pozwalają nam zauważyć, że akurat w tym przypadku coś się dzieje.
Otóż, szkopuł właśnie w tym, że ilość energii, którą można wykrzesać z organiki w jednostce czasu w warunkach naturalnych, jest niewystarczająca jak na potrzeby związane z funkcjonowaniem organizmu żywego. Tym bardziej, że taki organizm nie jest układem izolowanym, a więc wytworzona przez niego energia ma możliwość i zarazem przymus ucieczki do chłodniejszego otoczenia. W rezultacie dla zapewnienia życia skala produkcji energii musi być na tyle duża, aby organizm zdążył część tej energii zatrzymać na własny użytek. Właśnie zdążył, gdyż wychwyt energii odbywa się poprzez realizację reakcji idących z wchłanianiem energii(reakcje endoergiczne), a szybkość jakichkolwiek reakcji chemicznych jest nieporównywalnie mniejsza niż szybkość rozpraszania się energii. Dlatego w okresie formowania nowego organizmu i aż do momentu uzyskania przez niego samowystarczalności energetycznej, czyli uruchomienia własnej produkcji energii na odpowiednio wysokim poziomie, organizm musi nie tylko otrzymywać niezbędne surowce, w tym również „paliwo” chemiczne, lecz również przebywać w należycie ogrzanym otoczeniu. Właśnie dlatego nasiona w glebie czekają na ciepłą porę roku, kura wysiaduje jajka, krokodyl grzeje je w pysku, a żółw wie gdzie i na jakiej głębokości panują dla nich warunki optymalne. Z kolei ludzie nauczeni doświadczeniem życiowym od dawna wiedzieli, że wcześniaka należy przez jakiś czas wygrzewać w beciku. Dziś w tym celu korzystamy z inkubatorów. W taki oto sposób zostaje zapewniona ciągłość życia.
Dzięki energii uwalnianej w wyniku utleniania substancji organicznych organizm żywy w odróżnieniu od ciał nieożywionych(chociażby przydrożny kamyk) jest w stałym ruchu oraz aktywnych relacjach ze światem zewnętrznym. Ponieważ jednak wszystkie funkcje życiowe są realizowane za udziałem materii, to też z racji właściwej jej inercji nic, co się z nami dzieje, nie dzieje się ad hoc. Przy tym ma miejsce planowa i zarazem racjonalna gospodarka zasobami energetycznymi organizmu, która polega na uruchomianiu produkcji energii dopiero po zaistnieniu konieczności takiej czy innej funkcji oraz dostosowaniu skali produkcji do skali potrzeb.
Summa summarum, każde odreagowanie na informacje zmysłowe i/lub werbalne(tzw. refleks), wymaga czasu oraz bezwzględnej celowości. Właśnie to drugie mamy na myśli, gdy mówimy, że formułą życia jest możliwie najmniej życia. Stąd też i ludzki opór przed nieuzasadnionym działaniem jest odruchem w pełni naturalnym.
Część posiadanej energii organizm zużywa na zapewnienie bytu biologicznego. W tej kwestii w warunkach optymalnych dla organizmu organizm radzi sobie bez angażowania wyższych funkcji jak psychika czy umysł. Włącza je dopiero w sytuacjach ekstremalnych. Tymczasem nasze odczucia i przekonania są podstawowymi stymulatorami wszelkich relacji emocjonalnych i intelektualnych ze światem zewnętrznym. Niemniej i w tej sferze natura nakłada swoje ograniczenia. Decydujący głos ma genetyka. Z jej łaski lub niełaski poszczególne jednostki różnią tak rezerwy energetyczne, jak i wydolność mechanizmów wytwarzania energii. To z kolei nie może nie mieć wpływu na stopień wszelkiej aktywności życiowej, w tym również intelektualnej. Konsekwencją jest różnorodność postaw ludzkich od zachowawczych, rezygnujących z wyzwań po stale penetrujące przestrzeń życiową.
W początkowej fazie opanowywania jakichkolwiek czynności wszyscy jesteśmy chaotyczni, raz po raz popełniamy błędy. Dopiero z czasem odkrywamy sami lub przy pomocy innych najkrótsze, a więc energetycznie najbardziej oszczędne rozwiązania. Umysł je koduje i od tego momentu zasilają one pulę mechanicznie wykonywanych czynności zwanych rutynowymi. W ten sposób organizm minimalizuje straty energetyczne. Z kolei łamanie przyzwyczajeń, odchodzenie od utrwalonych trybów postępowania na rzecz innowacyjnych rozwiązań jest zawsze kosztowne, bowiem wymaga nakładów energii tak na wygaszanie już nabytych ścieżek funkcyjnych, jak i na tworzenie nowych. Do procesów wymagających dużych nakładów energii należy między innymi kształcenie, gdyż polega na penetracji coraz to nowych obszarów rzeczywistości, a więc nie zostawia pola dla rutyny. Nie bez racji mówi się „ucz się za młodu”, czyli wtedy, gdy z reguły dysponuje się największą wydolnością energetyczną.
Tak więc, rutyna jest naturalną składową każdej pracy. Świat jednak się zmienia, a wraz z nim zmieniają się również warunki pracy. Jeżeli z jakiejś przyczyny czujemy opór przed zmianami, lecz na siłę próbujemy zachować status quo, to nabyta rutyna z czynnika usprawniającego pracę staje się pułapką, zagrożeniem naszej pozycji zawodowej. Jest to jeden z powodów, gdy idą w ruch niekoniecznie zacne metody postępowania( intrygi itd. itp.). Cierpią na tym nie tylko morale. Szkopuł w tym, że wbrew pozorom ta permanentna walka, uświadomiona lub też nie, o zachowanie niezmienności bytu oraz psychiczny dyskomfort, jaki stwarza praca schematyczna, w ostatecznym rozrachunku pochłaniają więcej energii niż odejście od utrwalonych nawyków. W rezultacie osoby wierne stereotypom szybciej się starzeją, między innymi płacą większym stopniem degradacji układu ruchowego, gdy tymczasem jednostki otwarte wobec zmian dłużej zachowują świeżość ducha i ciała.
Reasumując, granice naszych możliwości wyznaczają prawa natury. Dlatego wszelkie przekraczanie tych granic wskutek nadmiernej presji otoczenia grozi wypaczeniem naturalnych funkcji organizmu, a co za tym idzie, staje się prekursorem różnego rodzaju patologii społecznej, zdrowotnej, psychicznej czy umysłowej.
Tymczasem stale słyszymy, że stać nas na więcej. Jest to o tyle zasadne, że nasza psychika i umysł mogą w ramach wyznaczonych przez naturę granic zmieniać priorytety, To jednostka wolna stanowić na co skieruje swoje wysiłki. Niemniej całkiem nierzadko przychodzi nam działać pod przymusem opinii rodziny, otoczenia czy okoliczności życiowych. Są to działania narzucone i niekoniecznie wewnętrznie akceptowane. Kiedy jednak wbrew wszystkiemu bierzemy inicjatywę w swoje ręce? Posłużę się przykładem z własnego podwórka. Otóż, w swoim czasie pasjonowałam się jednocześnie baletem i gimnastyką sportową. Wówczas mój trener twierdził, że mam predyspozycję do tej dyscypliny sportu i dlatego mam szanse na sukces. Uprawianie gimnastyki wymaga dużego wysiłku fizycznego. Nie czułam jednak chęci aż takiego poświęcenia. Jak to się mówi, nie miałam złości sportowej. Tymczasem nie zrażały mnie wręcz mordercze ćwiczenia baletowe, ba!, im więcej wylewałam potu, tym bardziej czułam się spełnioną. W rezultacie zrezygnowałam z gimnastyki na rzecz baletu. Dlatego uważam, że niewymuszona mobilizacja sił życiowych może mieć miejsce dopiero wtedy, gdy bodziec( jak w tym przypadku piękno tańca) harmonizuje, współgra z wrodzonymi predyspozycjami. Oznacza to również, że trafność wyboru drogi życiowej istotnie zależy od poznania osobistych preferencji, a to niestety zależy nie tylko od nas, lecz także od oferty życiowej, która jest naszym udziałem. Dlatego można przejść przez życie i nie mieć okazji dowiedzieć się co naprawdę było nam pisane. Jest to jeden z całkiem nierzadkich powodów ludzkich frustracji.
Do czynników ograniczających aktywność życiową należą także stresy o przeróżnym podłożu, bowiem zwiększają próg energetyczny materii zaangażowanej w te czy inne funkcje. Powstałe w ten sposób tzw. zahamowania można odblokować tylko przy trafnym ustaleniu ich źródła i następnie dostosowaną do niego terapię.
Czego więc przy takich uwarunkowaniach ma się trzymać szkoła chcąc zjednać ucznia do wysiłku intelektualnego?
Na początek uznać, że tzw. leniwy uczeń jest to uczeń niezmotywowany. Ponieważ aktywność umysłu stoi w prostej zależności od kondycji psychicznej, to zaczynać należy od budowania właściwych osobistych relacji z uczniem. I nie chodzi mi o prymitywne bratanie się. Na to mamy zbyt inteligentnych partnerów. Mam natomiast na myśli zaufanie i otwartość płynące przede wszystkim z naszej własnej postawy. Tylko pod tym warunkiem można liczyć na to, że uczeń obdarzy nas tym samym, otworzy się przed nami w sytuacjach problemowych i dzięki temu pozwoli realnie mu pomóc. Otóż, wbrew pozorom, dopiero w dalszej kolejności sukces edukacyjny zależy od stopnia skuteczności przekazu informacji.
Czy ucząc jednego przedmiotu można zmotywować do niego rzeszę tak różnych osobowości? Przy nauczaniu grupowym z pewnością nie wszystkie, lecz większość owszem. Decydujące znaczenie w tej kwestii ma metodyka nauczania. Każda dziedzina wiedzy w wersji wąsko warsztatowej siłą rzeczy przemawia tylko do skąpej liczby osób, raczej tych predysponowanych do niej lub ewentualnie tych, dla których jest potrzebna z powodów czysto pragmatycznych(np. planów zawodowych). Istnieje jednak coś, co tkwi w każdym z nas. Tym czymś jest ciekawość świata. Świat natomiast rządzi się nie prawami jednej wybranej nauki, lecz jest wypadkową wszystkich funkcjonujących w nim praw. Dlatego rzeczywiste zrozumienie świata daje wyłącznie wiedza zintegrowana. My natomiast lubimy tylko to, co poddaje się zrozumieniu, i dopiero wówczas z przekonania wnikamy w sens przekazywanych nam informacji.

Autoerografia

Kiedyś, jako dziecko, żyjąc w epoce, gdy nie było internetu, a książki Lwa – Starowicza i Wisłockiej u brata na regale leżały jeszcze za wysoko, znalazłem komiks na ostatniej stronie Dziennika Zachodniego.
Lubieżnie wyszczerzony jegomość nachylał się tam nad wystraszoną damulką i cedził:
“Moim hobby jest sex, a pani?”
Na ówczesne czasy był to dość ekstrawagancki humor w gazecie sprzedawanej również nieletnim. Zadałem wtedy mojej matce niewygodne pytanie:
“Co to jest sex?” (zastanowiła mnie pisownia przez “x”.. Miałem wtedy 6 lat i umiałem czytać..
Moja wolnomyślicielska matka miała jednak zawsze spory problem z przeskoczeniem swojego purytańskiego, radzieckiego wychowania (czego mój wychowany w grekokatolickiej rodzinie ojciec nie reprezentował). Przygwożdżona jednak pytaniem zadanym wprost, odparła w sposób tak zakłopotany, że empatycznie spaliłem się ze wstydu, zanim usłyszałem przez jej zaciśnięte wargi, że:
“To.. jest współżycie kobiety i mężczyzny..” Z czasem dowiedziałem się, że to bardzo uproszczona definicja, zarówno pod względem płci, jak i ilości uczestników procesu.. ale nie o tym..
Biedna mama myślała, że ja potrzebuję odpowiedzi na pytanie o zjawisko, z którego istnienia zdawałem sobie doskonale sprawę od dwóch lat, a którego istnienie podświadomie na własnym ciele odczuwałem odkąd widziałem, że istnieję..
Wtedy po prostu skojarzyłem jak się to nazywa w świecie “dorosłych”.. oraz z dużą dozą impetu poczułem, jak potwornie wstydliwy i kłopotliwy był to temat dla owychże.
Z czasem zacząłem czytać i zbierać teorię.. było to trudne w latach enigmatycznych rysunków i ubogich szkiców, oraz wyboru pomiędzy enigmatycznością wulgarnej wiedzy popularnej rozpowszechnianej przez kolegów (wówczas chłopcy udawali, że się nie onanizują, a dziewczynki, że w ogóle ich to nie interesuje), a enigmatycznością (dla dziecięcego umysłu) literatury medycznej. Byłem wówczas też konfrontowany z przekonaniem, że seksualność dotyczy przede wszystkim prokreacji, lub satysfakcji genitalnej.. Zwolennicy obu teorii brali się już wówczas za czuby.. A ja czułem, że to nie tak..
Dziś wiedza przeciętnego nastolatka byłaby w stanie zadziwić niejednego ówczesnego seksuologa.. i .. wcale nie mam przekonania, że to takie złe..
Wiedza nigdy nie jest zagrożeniem, zagrożeniem jest przyjmowanie jej w niewiedzy własnych motywacji.
W tamtych czasach byłem jednym z dowodów na to, że uparta natura pchając się do światła świadomości swojego nosiciela, potrafi przetrwać nawet brak merytorycznego wsparcia, ciemnotę w temacie, a nawet demonizację i straszenie tym, jak babą jagą (która źródłowo mitologicznie była całkiem spoko, zanim zabrali się za nią misjonarze).
Mimo wpajanego mi podówczas przekonania, że od masturbacji można oślepnąć, a seksualna inicjacja przed dwudziestką kończy się chorobą psychiczną (czemu kompletnie przeczyły praktyki tych, którzy mnie pouczali, ale cóż.. dziecku prawdy się nie mówi), oraz mimo oficjalnej świeckości komunistycznego państwa, również mimo potężnej religijnej epatacji ideą występności ciała, śmiertelnych niebezpieczeństw gniewu bożego i ludzkiej sromoty, poczucia winy i nacechowania “złem” wszystkich tematów od spodu.. no cóż, jakoś sobie radziliśmy.. jakoś sobie radziłem.
Lubię myśleć, że gdyby nie ówczesna cenzura i pruderia nie skupiłbym się tak mocno na autoerotycznym aspekcie rozwoju, a więc.. na dotyku i głębszych doświadczeniach seksualności totalnej. Własnej.
Odkrywałem, że dotyk, jego gradacja od ledwie muśnięcia do prawie bólu potrafi wzbudzić ogromną moc i poprowadzić świadomość do rejestrów, gdzie nie spodziewała się siebie znaleźć.. Wówczas też stawało się dla nie jasne (lecz jeszcze bałem się w to świadomie ufać), że erogennym jest całe ciało, niezależnie od płci, że sama skóra potrafi dostarczyć przeżyć wielokroć potężniejszych niż punktowe stymulacje, nastawione na jakiś seksualny cel. Miałem osiem, dziewięć lat, choć ta podróż rozpoczęła się już w sposób świadomy w wieku przedszkolnym. Wtedy po prostu nikt nami się jeszcze na tyle nie interesował, żeby nam wytłumaczyć, że czynimy “zło”.
Krzywda na tle seksualnym może zostać dokonana na dwa sposoby:
Poprzez molestowanie, oraz.. poprzez zastraszenie i zdemonizowanie seksualności we wczesnym wieku.
Ponieważ nie znam tego pierwszego doświadczenia, nie mogę o nim nic powiedzieć z perspektywy własnych wspomnień.
Prawie każdy jednak z mojego pokolenia dobrze wie, czym jest to drugie.
Dziś dociera do mnie aż nadto dobrze, że wywołanie wstrętu do ciała, poczucia autoagresji, odwrócenia się od własnej seksualności i jej supresja jest koniecznością jeśli chce się człowieka kontrolować. Pozbawiona poczucia winy radość z własnej seksualności od najmłodszych lat, odkrywana samodzielnie i poddana akceptacji i zrozumieniu (do tego trzeba dorosłych gotowych na siebie w tej kwestii) rodzi człowieka, którym niezmiernie trudno się steruje..
Rodzi relacje, w których bardzo trudno wzbudzić masową nienawiść i agresję, stworzyć wspólnego wroga, wywołać bezkrytyczną histerię wobec jakiegoś zjawiska lub ludzi, namówić ludzi do decyzji, wiary, która ma niewiele wspólnego z ich naturą i pragnieniami.
Doroślejąc miałem nadal dość ubogie doświadczenia partnerskie, co pogłębiło moje wejście w mistyczną częstotliwość seksualności. Ascetyczne ścieżki parte na celibacie traciły w moich oczach autentyczność równie szybko jak robienie z dziewictwa cnoty i mit o płaskiej ziemi czy duchowej wartości narkotyków.
Ze zdumieniem obserwowałem ile importowanych orientalnych nauk przyoblekało na naszym terenie wstydliwy woal pruderii, gloryfikując celibat, lub ostrzegając przed “utratą esencji” w wyniku orgazmu zewnętrznogenitalnego jakby genitalia powstały w naszym ciele poprzez okrutny żart..
Miałem jednak bezsprzeczny przywilej pogłębić swoje autoerotyczne doświadczenia poprzez kontakt z tantrą i tymi bardziej rozluźnionymi z nauk buddyjskich, które do reszty odczarowały moje widzenie ciała z ciśnienia postbiblijnego stresu, jak też zmyły zeń patynę njuejdżowego maskowania wstydu smutnymi technikami traktującymi seks jak utopijną inżynierię pełną dziwnych pułapek i współzawodnictwa.
Z takim doświadczeniem rozpoczęło się moje życie seksualne, co uważam za piękną pomoc w odsiewaniu płytkich zabaw, polegających na unikaniu intymności od mocnych relacji, w których moje odkrycia mogły naprawdę przynieść uczestnikom wiele głębokiej, bezpretensjonalnej radości.
Najciekawszym odkryciem jest to, że bogate życie autoerotyczne jest prawie zawsze fundamentem niesamowitych doznań partnerskich a wymiana doświadczeń w tym zakresie jest jedną z najsilniej fascynujących form integracji interpersonalnej i nierzadko miłości. W kontaktach z osobami o zblokowanej lub traumatycznie doświadczonej seksualności, autoerotyzm i świadomość seksualna i zmysłowa ma wręcz terapeutyczny wpływ na osoby skrzywdzone (rzecz jasna za ich świadomą zgodą i gotowością), w sytuacjach, gdzie platoniczna terapia rozkłada bezradnie ręce.
Po dziś dzień uważam, że dobra masturbacja jest lepsza niż byle jaki seks, co ma głębszy ukryty sens, polegający na tym, że nie mając świadomości mocy własnego ciała, niewiele się zyska na mnożeniu interakcji.
Ponieważ moje życie zetknęło mnie z niewielką ilością jednostek dość dojrzałych, by nie projektować pragnienia poczucia bezpieczeństwa wewnętrznego dziecka na dorosłą relację zrozumiałem, że moja Przestrzeń pragnie mi przez to coś powiedzieć, uparcie nie gasząc ogniska mocy seksualnej jednocześnie ukazując jak relatywnie niewiele jest jeszcze w moim świecie na to otwartości (w moim wiecie, a więc i przeze mnie tworzonym).
Wówczas zetknąłem się z czymś, co pogłębiło moje wewnątrzcielesne doświadczenia obudzone przez lata autoeksploracji, nauk tantrycznych i form wewnętrznych sztuk walki. Z pracą działającą na mądrość organizmu jak szkło powiększające, z bardzo ciekawą formą współczesnego szamanizmu (niech mnie skażą za to nadużycie 🙂 ) nazwaną metodą Feldenkraisa..
Pominę tu opis samej metody. Będzie na to więcej miejsca później.
Powiem tylko, że wraz z jej nadejściem nastąpiło swoiste deja – vu moich autoerotycznych doświadczeń i tęsknot z okresu dzieciństwa, dając mi pojęcie otwierania się jeszcze bardziej kolosalnej przestrzeni uświadomienia potęgi seksualizmu.
Z powierzchownej, lub wstydliwej roli rozrywkowo – reprodukcyjnej potęga ta, gdy jej pozwolić, wychodzi na szerokie wody tego, czym, jak sądzę dziś, jest w istocie – potęgą dotyku, potęgą przyjemności, potęgą inwazji układu nerwowego w coraz szersze obszary obecności i zadomowienia w kosmosie. Eksplozją zaufania do własnego istnienia i motoryką każdej jednej funkcji mojego umysłu – ciała.
O czym istotnie, co teraz widzę – uczyła tantra i inne otwarte na tę moc ścieżki.
Zatoczywszy spiralę w świecie zmysłowości, mam wrażenie, że dopiero rozpoczynam tę fascynującą eksplorację.. po raz pierwszy jednak czując, że odbywa się to bez poczucia winy, konieczności angażowania się w wielopiętrowe emocjonalne przepychanki i uzależnienia interpersonalne..
Skupienie na seksualności jaką jest od pierwszych dni naszego istnienia w ciele, gdy kształtuje się przyjemność dotyku i zdolność układu nerwowego do manifestacji rozkoszy, daje nam kolosalnego sprzymierzeńca w kształtowaniu osobistej, radosnej i pozbawionej wstydu samodzielności. Zaufanie zaś do procesu, raczej niż obsesja osiągów i rezultatów jest esencją satysfakcji, opartej na permanentnym zaskoczeniu sobą samym i własnym światem przeżyć.
Stając się podwaliną akceptacji tego, kim jestem. Gdy ciało czuje się szczęśliwe nie dlatego, że jest darem jakiegoś boga, lub posiada jakąś szczególną świętość , lecz dlatego, że jest.

Tajemnice

Wychodzimy do procesu samouświadomienia w przekonaniu, że musimy odkryć coś czystego i świętego. Pewnie dlatego ciągniemy do nauk nieco usztywnionych, z dużą porcją poprawności i dyplomacji, każących nam omijać wzrokiem te części nas, które są wstydliwie spychane i trywializowane, lub demonizowane odkąd pamiętamy.

Czasem dojrzewamy do podniesienia jakiegoś “złego” aspektu totalności do światła, jednak chcąc nadać tej strefie życia (seks, pieniądze, przyjemności, przemoc, płciowość, ludzkie emocje..) wyraz legitymności, uprawnienia do bycia celebrowaną, mutujemy to, zgodnie, z odnalezionymi naukami kościołów św. Tantrei i Wszystkich Tęczowych Proroków od Orgazmów Na Sucho, w coś tak wybitnie papierowego, że nie ma to w sobie nic z esencji skrywanego i wypieranego przez nas doświadczenia, a całe “zło” nadal pozostaje pod dywanem. “Zło” czyli pierwotna niewinność doświadczeń zmysłowych i cała ich bezwiedna mądrość, której już nie pamiętamy. To nagość, która śni nam się w nieprzyjemnie ekshibicjonistycznych snach. Poniżenie w obliczu przejawienia człowieczeństwa, odczuwane jako “słabość” (sny o nagości w miejscach publicznych)

Z jednej strony znów lądujemy w środowisku konkurującym na to, czyje światło klarowniejsze, a kontrola nad zmysłami prawdziwsza, tyle, że używającego słów “wagina”, czy “sperma” w sposób nabożny, z botoksową wręcz powagą. Z nawykowym wstydem skrytym pod udawaną swobodą.

W przedziwny sposób niegotowych na naszą zmysłowość i naturę rodziców (bo kontynuują długą linię wyparcia od swoich przodków) zamieniamy na partnerów, do których uciekamy. Kochamy ich potężnie i często od początku wiedzą o nas te wszystkie rzeczy, które są naszą tajemnicą wobec rodziny i świata.
Od rodziny, by więcej nie ośmieszali tych doświadczeń, protekcjonalnie “znając” nas, bo widzieli jak szczymy w pieluchy. Od świata, bo inni ludzie to jak rodzina, tylko okrutniej.

Partnerzy wiedzą o nas więcej. Ale nie wszystko. Nadal bowiem często wybieramy ich podświadomie z klucza poszukiwania anielskich asystentów, którzy będą manifestacją tej fasadowości, do której aspirowaliśmy, by świat i rodzina nie poznali naszych tajemnic. To często wiąże tych parterów w niemy i nieświadomy pakt, w którym z jednej strony sami oni/one nie mogą spod swojego dywanu wymieść pragnień i popędów do światła. A my, budując obraz anioła, którym nasz partner bywa ze zmiennym szczęściem, zaczynamy nadal umierać ze strachu przed tym, że ukochana osoba odkryje to, kim naprawdę jesteśmy. Potworem.
Potworem, czyli dzieckiem bawiącym się w doktora. Kiełkami przyjemności, oznajmiającej, że słowo stało się ciałem – czyli – nasza świadomość spenetrowała naszą cielesność.

Oto zatem nasza tajemnica staje się również obszarem chronionym przed wzrokiem partnerów.. (oni/one zapewne robią coś podobnego wobec nas)
I wtedy wyszukujemy sobie obcych ludzi, najlepiej takich, z którymi intymność łączy nas ledwie pokątnie, po godzinach, pod stołem.. by z nimi przeżyć swój obszar, od którego odwracamy wzrok. Czasem im za to płacimy (prostytucja, terapia, mierzony godzinami czas głębokiej szczerości).

Na samą myśl jednak, że mieliby z nami pozostać na stałe, zająć miejsce partnerów (co czasem próbujemy sobie wtłuc do głowy, że chcemy – stąd seryjna monogamia), odkrywamy, że są ludźmi, a więc wchodzą w podobny schemat jak ich poprzednicy. Po prostu ich niegotowość na nasz cień przesuwa się na inny obszar.

W skrócie – wynajmujemy sobie ludzi na różnym poziomie bliskości i intymności, żeby praktykować nieakceptację własnych pragnień i ich nagości. Czasem chcemy by nas za nas rozgrzeszyli i pozwolili coś zrobić. Nareszcie.
I dopiero na samej granicy wytrzymałości takiego stanu rzeczy, bierzemy się na odwagę, by to, co w nas tajemnicze, takim pozostało dla innych, sami jednak przed sobą znosimy barierę między sacrum a profanum i zaczynami być sami przed sobą gotowi spojrzeć we wszystko.. bez woli ani lęku przed spowiedniczością i poczuciem, że jesteśmy komukolwiek winni wyjaśnienia..

Zauważenie źródła przyjemności – siebie, swojego ciała i umysłu jest początkiem odczarowania nagości jako czegoś tożsamego ze słabością, lub “złem”.
Początkiem spełnienia w Bezwstydzie.
Solidarności wobec siebie.
Sprzyja to wówczas zjawianiu się okoliczności zewnętrznych, w których powstałe rozluźnienie łatwiej posyła na drzewo ludzi manifestujących własne kompleksy w próbach ataków na nas, oraz ujawnianiu się podobnego rozluźnienia u pozostałych otaczających nas ludzi.
Co ciekawe, zmniejsza to też nasze zapotrzebowanie na świętych, co byliby za nas idealnymi, bowiem.. brak już w nas aspiracji do sztucznej, rafinowanej idealności bezgenitalnej. Brak w nas aspiracji do zaprzeczania sobie i nazywania tego rozwojem,

Słabość

18601216_843789589105961_1625470085_n

(zdjęcie Patrycja Paradoxalnie Kompatybilna)

Słabość jest znakiem przeróżnego rodzaju zmian. Przeróżnego rodzaju progów. Form.

Jedna sygnalizuje zmęczenie ucieczką, znużenie w obliczu powtarzanych półautomatycznie lojalistycznych czynności programowanych, którym służba wierna wychodzi powoli bokiem. Słabość ta jest otępieniem i zasnuciem pajęczyną odczuć zmysłowych, w wyniku ujawnienia przed sobą samym, że wieki przekonywania innych do tego, że jest się, lub nie jest wielbłądem, osiągnęło swój próg graniczny i oto zrzygaliśmy się imponowaniem komukolwiek czymkolwiek. Zasługiwaniem na szacunek, obwarowanym okłamywaniem własnej pragnieniowości..

Druga jest mdlącym uczuciem bliskości oddechu konfrontacji z tym, czego próbowaliśmy całe życie unikać. Prawdy, że osaczające spiski i manipulacje, system i zniewolenie od zawsze było przedłużeniem mojej własnej kreacji, a zatem to ja stworzyłem swoją rzekomą niewolę i by w niej nie być, nie muszę z niej wychodzić, lecz przyjąć jej produkt jak własną siłę – czasem przekraczając granicę symbolicznego więzienia, opuszczając posterunek pełniony by zapracować na kruchy szacunek tych, których przywołałem sobie, żeby uzasadnić swoją rzekomą bezsilność. Czasami wysadzając celę od środka. Niszcząc i zdradzając wszystkich, których wynająłem sobie, by sparaliżować zdolność odkrywczą, że to, co uważałem w sobie za występne i nieakceptowalne, jest w istocie naturalne i moje.

Oba rodzaje słabości są moimi sprzymierzeńcami.

Jeden tłumaczy mi, na co nie mam ochoty już tracić energii. Drugi pokazuje mi, gdzie ona jest.