Postanowiłem w ramach moich własnych badań udostępnić na mojej stronie artykuł z dziedziny totalnej reformy edukacji, przeprowadzanej poprzez zmianę mentalności człowieka, której autorką jest moja osobista mama. Naukowiec, nauczyciel, ostatecznie również jak się okazało, terapeuta pedagogiczny..
Bez zbędnych wstępów, pozostawiam Was lekturze..

Lora Pawliszcze

Lenistwo, czy brak motywacji?
=======================

Niezbyt pilnego adepta rutynowo posądza się o grzech lenistwa. Z reguły w ślad za tym pada jedynie słuszne zalecenie zabrać się do pracy, które, jak uczy doświadczenie, niekoniecznie zmienia postawę ucznia, natomiast z pewnością zwiększa prawdopodobieństwo braku akceptacji przedmiotu nauczania i/lub osoby nauczyciela.
Ogólnie chodzi o problem bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony fama niesie, że winą wszystkiemu genetyka, z drugiej zaś owa „bierność, niechęć do ruchu, wysiłku, czynu, zmian”(„Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego) ma być przejawem innej przypadłości materii, mianowicie inercji. Tak czy owak, każda z tych diagnoz ma ten sam punkt odniesienia. Tymczasem jesteśmy organiczną częścią tego świata, a w nim o stanie układów nie izolowanych, do których właśnie należymy, decyduje nie tylko natura samego układu, lecz również jego relacje z otoczeniem. Idąc więc za ciosem, zacznę tylko pozornie z daleka.
I tak, planeta nasza jest układem otwartym, za miedzą którego jest zdecydowanie zimniej. W rezultacie w imię równowagi energetycznej Ziemia powinna wyzbywać się nadwyżek energii. Ta globalna tendencja wymusza na ziemskiej materii chemicznej taką reorganizację(tzw. reakcje chemiczne), która pozwala zmniejszyć zasoby posiadanej energii wewnętrznej. Ponieważ dzięki obecności atmosfery stanowimy jednak swoistą enklawę o własnych lokalnych parametrach fizycznych, to właśnie one wyznaczają granicę spadku energii układów chemicznych. Z chwilą zejścia do tej granicy układ osiąga stan równowagi energetycznej z otoczeniem. Jest to zarazem stan, w którym układ traci zdolność do samoistnych zmian chemicznych, innymi słowy staje się chemicznie biernym.
Czy tylko schłodzenie do temperatury otoczenia zapewnia układowi stan bierny? Otóż, na energię wewnętrzną układu składa się suma jego energii kinetycznej i potencjalnej, czyli tej, która jest zaangażowana w utrzymanie więzi między atomami. Schłodzenie zaś prowadzi tylko do zrównania średniej wartości energii kinetycznej układu i jego otoczenia, natomiast nie zmienia wewnętrznej struktury układu, a zatem i jego zasobów energii potencjalnej. W przypadku, gdy wartość energii potencjalnej jest na tyle duża, że wraz ze zmniejszoną wskutek schłodzenia wartością energii kinetycznej nadal zapewnia układowi poziom energii wyższy niż u otoczenia, to wówczas układ pozostaje chemicznie aktywnym. Dla przejścia w stan bierny taki układ musiałby dodatkowo pozbyć się nadwyżek swojej energii potencjalnej, a to jest możliwe tylko w wyniku zmiany struktury układu. Chodzi mianowicie o taką zmianę, która pozwala przejść od energochłonnych wiązań chemicznych do mniej energetycznie kosztownych. Jest to proces samoistny, emanujący energię(reakcja egzoergiczna) i dający produkty chemicznie bierne. Cofnięcie takich reakcji, a więc powrót do układów górujących energetycznie nad otoczeniem, z chemicznego punktu widzenia jest możliwy, lecz tylko pod warunkiem zwrócenia przez otoczenie dokładnie takiej samej ilości energii, jaką wcześniej otrzymało(reakcje endoergiczne, tzw. procesy wymuszone).
Przykładem reakcji samoistnej, znanej jeszcze z ławy szkolnej, jest reakcja wodoru z tlenem. Niemniej, jak pamiętamy, samo otrzymanie mieszaniny tych gazów w temperaturze pokojowej nie prowadzi do wybuchu. Dla uzyskania efektu musieliśmy mieszaninę nieco podgrzać. W czym więc rzecz? Chodzi o to, że więzi między atomami zapewnia odpowiedni sposób rozlokowania elektronów walencyjnych. Zerwanie zaś starych wiązań i tworzenie nowych polega na zmianie położenia tych elektronów w przestrzeni międzyatomowej. Niezbędna w tym celu zwiększona swoboda ruchu elektronów wymaga osłabienia ich więzi z jądrami atomowymi. Możliwość taką stwarza przejście elektronów na bardziej oddalone od jąder powłoki elektronowe, inaczej przejście w tzw. stan pobudzenia. W tym celu elektrony muszą otrzymać należyty zastrzyk energii ze strony otoczenia. Dokładnie to mamy na myśli, gdy mówimy o konieczności zapoczątkowania reakcji. Otóż, ilość energii, która musi być przekazana substancji w celu uzyskania przez nią gotowości do akcji, jest miarą jej inercji, inaczej wysokości progu energetycznego, bez przekroczenia którego substancja nie objawia swojej aktywności chemicznej.
Reasumując, realizacja reakcji samoistnej w warunkach fizykalnych Ziemi wymaga inicjacji ze strony otoczenia. Jest to zabieg konieczny, lecz zarazem wystarczający, bowiem po takiej inicjacji dalsze koszty tym razem związane z rekonstrukcją układu pokrywa sam układ wykorzystując w tym celu własną uwalnianą podczas reakcji energię potencjalną. Tymczasem w przypadku procesu wymuszonego cały koszt realizacji przemiany chemicznej ponosi otoczenie.
Obok ogromnej ilości otaczającej nas materii chemicznie biernej(skały itd.), bytują na naszej planecie również substancje reaktywne. Należą do nich na przykład siarka rodzima czy węgiel kopalniany. Uchowały się jednak tylko dzięki braku dostępu do atmosferycznego tlenu, bowiem i siarka, i węgiel w reakcji z tlenem mają możliwość uwolnienia swoich nadwyżek energii potencjalnej. Z kolei wręcz obfituje w substancje reaktywne, zwane makroergicznymi, ziemska biosfera. Chodzi mianowicie o białka, cukry, tłuszcze oraz inną niezbędną dla życia organikę(tzn. związki węgla). Tak się składa, że o ich być albo nie być również stanowi tlen, natomiast bezpieczeństwo zapewnia odpowiednia budowa żywego organizmu, która skutecznie blokuje swobodny dostęp tlenu atmosferycznego do wnętrza organizmu, a w jego wnętrzu gwarantuje kontrolowany i w pełni docelowy kontakt wdychanego tlenu z tymi substancjami. Właśnie z racji zasobności energetycznej związki organiczne mogą i pełnią rolę nie tylko budulca, lecz także paliwa, kluczowego źródła energii świata ożywionego.
Ponieważ w warunkach fizykalnych Ziemi substancje organiczne mogą się tworzyć wyłącznie w wyniku procesów wymuszonych, to czyim kosztem powstają i, po drugie, w jaki sposób materia żywa wchodzi w ich posiadanie?
Otóż, w naszym otoczeniu jest naturalny dostawca energii. Jest nim Słońce. Są też organizmy obdarzone patentem na wykorzystanie jego energii(fotosynteza). Z nakazu natury należą do nich wyłącznie organizmy zielone i dlatego właśnie one są pierwotnymi wytwórcami związków węgla, natomiast pozostałe organizmy żywe żerują na ich produkcji w postaci pokarmu.
Tymczasem zróżnicowanie bytów biologicznych(ryby, ptaki itd.) może zapewnić tylko obecność w każdej z tych form życia swoistej dla niej matrycy chemicznej, na którą składają się substancje tak mineralne(nieorganiczne), jak i organiczne. Między innymi z tego powodu warunkiem życia każdego organizmu jest przebywanie w odpowiednim dla niego środowisku(np. wodnym o dogodnym stopniu zasolenia) oraz spożywanie i przede wszystkim dostęp do ściśle określonego rodzaju pokarmu. Jednocześnie istnieje konieczność dostosowania budowy pokarmowych białek, DNA i innych organicznych „kolosów” do konkretnego organizmu. Odbywa się to w ten sposób, że odpowiednia budowa przewodu pokarmowego wyklucza możliwość przenikania substancji tego rodzaju z przewodu pokarmowego do krwioobiegu. Najpierw są cięte w procesie trawienia na fragmenty mniejsze, które mają zapewnione przedostanie się do układu krwionośnego, krew zaś dostarcza te fragmenty do komórek, gdzie są ponownie łączone ze sobą, lecz już według klucza właściwego dla danego organizmu. Taka synteza jest procesem wymuszonym, a więc wymaga nakładów energetycznych. Tym razem energię musi dostarczyć organizm z własnych zasobów, co też i czyni za udziałem obecnych w nim cząsteczek- nośników energii(np. ATP). Innymi słowy, aby korzystać, najpierw trzeba mieć. Ten wymóg zapewnia organizm rodzicielski na etapie powstawania przyszłego potomka. W jaki więc sposób został „uruchomiony” przysłowiowy prarodzic? Akurat to pytanie, jak na dzisiejszy stan wiedzy, pozostaje otwartym. Tak czy owak, w ostatecznym rozrachunku życie trwa dzięki energii Słońca, tyle, że przeistoczonej w energię chemiczną.
Dotychczasowe rozważania czynią oczywistą konieczność zainicjowania spalania węgla w palenisku domowym, co zresztą i robimy za pomocą podpałki, natomiast jak to się ma do faktu, że tenże węgiel przechowywany w szczelnej, pozbawionej dopływu świeżego powietrza komórce jakkolwiek po czasie, lecz zaczyna się żarzyć bez naszej interwencji?
Przede wszystkim musimy mieć świadomość, że mamy do czynienia nie z pojedynczymi atomami, lecz stosami atomowymi, jak również to, że taki zespół atomów nie znajduje się w próżni i jest pod stałym obstrzałem ze strony cząsteczek powietrza. W gazie zaś panuje ruch chaotyczny i dlatego energia kinetyczna jego cząsteczek jest zróżnicowana. Pociąga to za sobą zróżnicowanie energii atomów węgla. W rezultacie odpowiednio duży zastrzyk energii ze strony cząsteczek powietrza stwarza dla pewnego zespołu „wybrańców” możliwość opuszczenia bryłki i wejście w połączenie z tlenem. Jeżeli to się dzieje w przewiewnym palenisku domowym, to całą wyemitowaną wówczas energię unosi ze sobą strumień powietrza, natomiast we wspomnianej komórce pozostaje w układzie i dzięki temu zostaje użyta na uaktywnienie dotąd ubogich w energię atomów węgla.
Tak więc, z podpałką czy też bez, bryłka węgla, jak zresztą każda inna organika, po wydobyciu na światło dzienne jest niechybnie skazana na zagładę. Jest to tylko kwestia czasu. I rzeczywiście, chociaż po utracie „wybrańców” średnia energia atomów bryłki leżącej w palenisku domowym spada poniżej średniej otoczenia, to po chwili zostaje przywrócona do poprzedniej wartości dopływem energii z otoczenia i dzięki temu proces utleniania węgla, a zatem pozbawiania się nadwyżek energii, wolno, na raty, ale jest kontynuowany. Podpałka natomiast od zaraz podnosi temperaturę bryłki do poziomu, przy którym staje się możliwa reakcja w skali makro, co w konsekwencji powoduje szybki zanik surowca. Towarzyszy temu silna emanacja ciepła oraz świecenie materii i tylko te zewnętrzne oznaki procesu pozwalają nam zauważyć, że akurat w tym przypadku coś się dzieje.
Otóż, szkopuł właśnie w tym, że ilość energii, którą można wykrzesać z organiki w jednostce czasu w warunkach naturalnych, jest niewystarczająca jak na potrzeby związane z funkcjonowaniem organizmu żywego. Tym bardziej, że taki organizm nie jest układem izolowanym, a więc wytworzona przez niego energia ma możliwość i zarazem przymus ucieczki do chłodniejszego otoczenia. W rezultacie dla zapewnienia życia skala produkcji energii musi być na tyle duża, aby organizm zdążył część tej energii zatrzymać na własny użytek. Właśnie zdążył, gdyż wychwyt energii odbywa się poprzez realizację reakcji idących z wchłanianiem energii(reakcje endoergiczne), a szybkość jakichkolwiek reakcji chemicznych jest nieporównywalnie mniejsza niż szybkość rozpraszania się energii. Dlatego w okresie formowania nowego organizmu i aż do momentu uzyskania przez niego samowystarczalności energetycznej, czyli uruchomienia własnej produkcji energii na odpowiednio wysokim poziomie, organizm musi nie tylko otrzymywać niezbędne surowce, w tym również „paliwo” chemiczne, lecz również przebywać w należycie ogrzanym otoczeniu. Właśnie dlatego nasiona w glebie czekają na ciepłą porę roku, kura wysiaduje jajka, krokodyl grzeje je w pysku, a żółw wie gdzie i na jakiej głębokości panują dla nich warunki optymalne. Z kolei ludzie nauczeni doświadczeniem życiowym od dawna wiedzieli, że wcześniaka należy przez jakiś czas wygrzewać w beciku. Dziś w tym celu korzystamy z inkubatorów. W taki oto sposób zostaje zapewniona ciągłość życia.
Dzięki energii uwalnianej w wyniku utleniania substancji organicznych organizm żywy w odróżnieniu od ciał nieożywionych(chociażby przydrożny kamyk) jest w stałym ruchu oraz aktywnych relacjach ze światem zewnętrznym. Ponieważ jednak wszystkie funkcje życiowe są realizowane za udziałem materii, to też z racji właściwej jej inercji nic, co się z nami dzieje, nie dzieje się ad hoc. Przy tym ma miejsce planowa i zarazem racjonalna gospodarka zasobami energetycznymi organizmu, która polega na uruchomianiu produkcji energii dopiero po zaistnieniu konieczności takiej czy innej funkcji oraz dostosowaniu skali produkcji do skali potrzeb.
Summa summarum, każde odreagowanie na informacje zmysłowe i/lub werbalne(tzw. refleks), wymaga czasu oraz bezwzględnej celowości. Właśnie to drugie mamy na myśli, gdy mówimy, że formułą życia jest możliwie najmniej życia. Stąd też i ludzki opór przed nieuzasadnionym działaniem jest odruchem w pełni naturalnym.
Część posiadanej energii organizm zużywa na zapewnienie bytu biologicznego. W tej kwestii w warunkach optymalnych dla organizmu organizm radzi sobie bez angażowania wyższych funkcji jak psychika czy umysł. Włącza je dopiero w sytuacjach ekstremalnych. Tymczasem nasze odczucia i przekonania są podstawowymi stymulatorami wszelkich relacji emocjonalnych i intelektualnych ze światem zewnętrznym. Niemniej i w tej sferze natura nakłada swoje ograniczenia. Decydujący głos ma genetyka. Z jej łaski lub niełaski poszczególne jednostki różnią tak rezerwy energetyczne, jak i wydolność mechanizmów wytwarzania energii. To z kolei nie może nie mieć wpływu na stopień wszelkiej aktywności życiowej, w tym również intelektualnej. Konsekwencją jest różnorodność postaw ludzkich od zachowawczych, rezygnujących z wyzwań po stale penetrujące przestrzeń życiową.
W początkowej fazie opanowywania jakichkolwiek czynności wszyscy jesteśmy chaotyczni, raz po raz popełniamy błędy. Dopiero z czasem odkrywamy sami lub przy pomocy innych najkrótsze, a więc energetycznie najbardziej oszczędne rozwiązania. Umysł je koduje i od tego momentu zasilają one pulę mechanicznie wykonywanych czynności zwanych rutynowymi. W ten sposób organizm minimalizuje straty energetyczne. Z kolei łamanie przyzwyczajeń, odchodzenie od utrwalonych trybów postępowania na rzecz innowacyjnych rozwiązań jest zawsze kosztowne, bowiem wymaga nakładów energii tak na wygaszanie już nabytych ścieżek funkcyjnych, jak i na tworzenie nowych. Do procesów wymagających dużych nakładów energii należy między innymi kształcenie, gdyż polega na penetracji coraz to nowych obszarów rzeczywistości, a więc nie zostawia pola dla rutyny. Nie bez racji mówi się „ucz się za młodu”, czyli wtedy, gdy z reguły dysponuje się największą wydolnością energetyczną.
Tak więc, rutyna jest naturalną składową każdej pracy. Świat jednak się zmienia, a wraz z nim zmieniają się również warunki pracy. Jeżeli z jakiejś przyczyny czujemy opór przed zmianami, lecz na siłę próbujemy zachować status quo, to nabyta rutyna z czynnika usprawniającego pracę staje się pułapką, zagrożeniem naszej pozycji zawodowej. Jest to jeden z powodów, gdy idą w ruch niekoniecznie zacne metody postępowania( intrygi itd. itp.). Cierpią na tym nie tylko morale. Szkopuł w tym, że wbrew pozorom ta permanentna walka, uświadomiona lub też nie, o zachowanie niezmienności bytu oraz psychiczny dyskomfort, jaki stwarza praca schematyczna, w ostatecznym rozrachunku pochłaniają więcej energii niż odejście od utrwalonych nawyków. W rezultacie osoby wierne stereotypom szybciej się starzeją, między innymi płacą większym stopniem degradacji układu ruchowego, gdy tymczasem jednostki otwarte wobec zmian dłużej zachowują świeżość ducha i ciała.
Reasumując, granice naszych możliwości wyznaczają prawa natury. Dlatego wszelkie przekraczanie tych granic wskutek nadmiernej presji otoczenia grozi wypaczeniem naturalnych funkcji organizmu, a co za tym idzie, staje się prekursorem różnego rodzaju patologii społecznej, zdrowotnej, psychicznej czy umysłowej.
Tymczasem stale słyszymy, że stać nas na więcej. Jest to o tyle zasadne, że nasza psychika i umysł mogą w ramach wyznaczonych przez naturę granic zmieniać priorytety, To jednostka wolna stanowić na co skieruje swoje wysiłki. Niemniej całkiem nierzadko przychodzi nam działać pod przymusem opinii rodziny, otoczenia czy okoliczności życiowych. Są to działania narzucone i niekoniecznie wewnętrznie akceptowane. Kiedy jednak wbrew wszystkiemu bierzemy inicjatywę w swoje ręce? Posłużę się przykładem z własnego podwórka. Otóż, w swoim czasie pasjonowałam się jednocześnie baletem i gimnastyką sportową. Wówczas mój trener twierdził, że mam predyspozycję do tej dyscypliny sportu i dlatego mam szanse na sukces. Uprawianie gimnastyki wymaga dużego wysiłku fizycznego. Nie czułam jednak chęci aż takiego poświęcenia. Jak to się mówi, nie miałam złości sportowej. Tymczasem nie zrażały mnie wręcz mordercze ćwiczenia baletowe, ba!, im więcej wylewałam potu, tym bardziej czułam się spełnioną. W rezultacie zrezygnowałam z gimnastyki na rzecz baletu. Dlatego uważam, że niewymuszona mobilizacja sił życiowych może mieć miejsce dopiero wtedy, gdy bodziec( jak w tym przypadku piękno tańca) harmonizuje, współgra z wrodzonymi predyspozycjami. Oznacza to również, że trafność wyboru drogi życiowej istotnie zależy od poznania osobistych preferencji, a to niestety zależy nie tylko od nas, lecz także od oferty życiowej, która jest naszym udziałem. Dlatego można przejść przez życie i nie mieć okazji dowiedzieć się co naprawdę było nam pisane. Jest to jeden z całkiem nierzadkich powodów ludzkich frustracji.
Do czynników ograniczających aktywność życiową należą także stresy o przeróżnym podłożu, bowiem zwiększają próg energetyczny materii zaangażowanej w te czy inne funkcje. Powstałe w ten sposób tzw. zahamowania można odblokować tylko przy trafnym ustaleniu ich źródła i następnie dostosowaną do niego terapię.
Czego więc przy takich uwarunkowaniach ma się trzymać szkoła chcąc zjednać ucznia do wysiłku intelektualnego?
Na początek uznać, że tzw. leniwy uczeń jest to uczeń niezmotywowany. Ponieważ aktywność umysłu stoi w prostej zależności od kondycji psychicznej, to zaczynać należy od budowania właściwych osobistych relacji z uczniem. I nie chodzi mi o prymitywne bratanie się. Na to mamy zbyt inteligentnych partnerów. Mam natomiast na myśli zaufanie i otwartość płynące przede wszystkim z naszej własnej postawy. Tylko pod tym warunkiem można liczyć na to, że uczeń obdarzy nas tym samym, otworzy się przed nami w sytuacjach problemowych i dzięki temu pozwoli realnie mu pomóc. Otóż, wbrew pozorom, dopiero w dalszej kolejności sukces edukacyjny zależy od stopnia skuteczności przekazu informacji.
Czy ucząc jednego przedmiotu można zmotywować do niego rzeszę tak różnych osobowości? Przy nauczaniu grupowym z pewnością nie wszystkie, lecz większość owszem. Decydujące znaczenie w tej kwestii ma metodyka nauczania. Każda dziedzina wiedzy w wersji wąsko warsztatowej siłą rzeczy przemawia tylko do skąpej liczby osób, raczej tych predysponowanych do niej lub ewentualnie tych, dla których jest potrzebna z powodów czysto pragmatycznych(np. planów zawodowych). Istnieje jednak coś, co tkwi w każdym z nas. Tym czymś jest ciekawość świata. Świat natomiast rządzi się nie prawami jednej wybranej nauki, lecz jest wypadkową wszystkich funkcjonujących w nim praw. Dlatego rzeczywiste zrozumienie świata daje wyłącznie wiedza zintegrowana. My natomiast lubimy tylko to, co poddaje się zrozumieniu, i dopiero wówczas z przekonania wnikamy w sens przekazywanych nam informacji.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s