Kiedyś, jako dziecko, żyjąc w epoce, gdy nie było internetu, a książki Lwa – Starowicza i Wisłockiej u brata na regale leżały jeszcze za wysoko, znalazłem komiks na ostatniej stronie Dziennika Zachodniego.
Lubieżnie wyszczerzony jegomość nachylał się tam nad wystraszoną damulką i cedził:
“Moim hobby jest sex, a pani?”
Na ówczesne czasy był to dość ekstrawagancki humor w gazecie sprzedawanej również nieletnim. Zadałem wtedy mojej matce niewygodne pytanie:
“Co to jest sex?” (zastanowiła mnie pisownia przez “x”.. Miałem wtedy 6 lat i umiałem czytać..
Moja wolnomyślicielska matka miała jednak zawsze spory problem z przeskoczeniem swojego purytańskiego, radzieckiego wychowania (czego mój wychowany w grekokatolickiej rodzinie ojciec nie reprezentował). Przygwożdżona jednak pytaniem zadanym wprost, odparła w sposób tak zakłopotany, że empatycznie spaliłem się ze wstydu, zanim usłyszałem przez jej zaciśnięte wargi, że:
“To.. jest współżycie kobiety i mężczyzny..” Z czasem dowiedziałem się, że to bardzo uproszczona definicja, zarówno pod względem płci, jak i ilości uczestników procesu.. ale nie o tym..
Biedna mama myślała, że ja potrzebuję odpowiedzi na pytanie o zjawisko, z którego istnienia zdawałem sobie doskonale sprawę od dwóch lat, a którego istnienie podświadomie na własnym ciele odczuwałem odkąd widziałem, że istnieję..
Wtedy po prostu skojarzyłem jak się to nazywa w świecie “dorosłych”.. oraz z dużą dozą impetu poczułem, jak potwornie wstydliwy i kłopotliwy był to temat dla owychże.
Z czasem zacząłem czytać i zbierać teorię.. było to trudne w latach enigmatycznych rysunków i ubogich szkiców, oraz wyboru pomiędzy enigmatycznością wulgarnej wiedzy popularnej rozpowszechnianej przez kolegów (wówczas chłopcy udawali, że się nie onanizują, a dziewczynki, że w ogóle ich to nie interesuje), a enigmatycznością (dla dziecięcego umysłu) literatury medycznej. Byłem wówczas też konfrontowany z przekonaniem, że seksualność dotyczy przede wszystkim prokreacji, lub satysfakcji genitalnej.. Zwolennicy obu teorii brali się już wówczas za czuby.. A ja czułem, że to nie tak..
Dziś wiedza przeciętnego nastolatka byłaby w stanie zadziwić niejednego ówczesnego seksuologa.. i .. wcale nie mam przekonania, że to takie złe..
Wiedza nigdy nie jest zagrożeniem, zagrożeniem jest przyjmowanie jej w niewiedzy własnych motywacji.
W tamtych czasach byłem jednym z dowodów na to, że uparta natura pchając się do światła świadomości swojego nosiciela, potrafi przetrwać nawet brak merytorycznego wsparcia, ciemnotę w temacie, a nawet demonizację i straszenie tym, jak babą jagą (która źródłowo mitologicznie była całkiem spoko, zanim zabrali się za nią misjonarze).
Mimo wpajanego mi podówczas przekonania, że od masturbacji można oślepnąć, a seksualna inicjacja przed dwudziestką kończy się chorobą psychiczną (czemu kompletnie przeczyły praktyki tych, którzy mnie pouczali, ale cóż.. dziecku prawdy się nie mówi), oraz mimo oficjalnej świeckości komunistycznego państwa, również mimo potężnej religijnej epatacji ideą występności ciała, śmiertelnych niebezpieczeństw gniewu bożego i ludzkiej sromoty, poczucia winy i nacechowania “złem” wszystkich tematów od spodu.. no cóż, jakoś sobie radziliśmy.. jakoś sobie radziłem.
Lubię myśleć, że gdyby nie ówczesna cenzura i pruderia nie skupiłbym się tak mocno na autoerotycznym aspekcie rozwoju, a więc.. na dotyku i głębszych doświadczeniach seksualności totalnej. Własnej.
Odkrywałem, że dotyk, jego gradacja od ledwie muśnięcia do prawie bólu potrafi wzbudzić ogromną moc i poprowadzić świadomość do rejestrów, gdzie nie spodziewała się siebie znaleźć.. Wówczas też stawało się dla nie jasne (lecz jeszcze bałem się w to świadomie ufać), że erogennym jest całe ciało, niezależnie od płci, że sama skóra potrafi dostarczyć przeżyć wielokroć potężniejszych niż punktowe stymulacje, nastawione na jakiś seksualny cel. Miałem osiem, dziewięć lat, choć ta podróż rozpoczęła się już w sposób świadomy w wieku przedszkolnym. Wtedy po prostu nikt nami się jeszcze na tyle nie interesował, żeby nam wytłumaczyć, że czynimy “zło”.
Krzywda na tle seksualnym może zostać dokonana na dwa sposoby:
Poprzez molestowanie, oraz.. poprzez zastraszenie i zdemonizowanie seksualności we wczesnym wieku.
Ponieważ nie znam tego pierwszego doświadczenia, nie mogę o nim nic powiedzieć z perspektywy własnych wspomnień.
Prawie każdy jednak z mojego pokolenia dobrze wie, czym jest to drugie.
Dziś dociera do mnie aż nadto dobrze, że wywołanie wstrętu do ciała, poczucia autoagresji, odwrócenia się od własnej seksualności i jej supresja jest koniecznością jeśli chce się człowieka kontrolować. Pozbawiona poczucia winy radość z własnej seksualności od najmłodszych lat, odkrywana samodzielnie i poddana akceptacji i zrozumieniu (do tego trzeba dorosłych gotowych na siebie w tej kwestii) rodzi człowieka, którym niezmiernie trudno się steruje..
Rodzi relacje, w których bardzo trudno wzbudzić masową nienawiść i agresję, stworzyć wspólnego wroga, wywołać bezkrytyczną histerię wobec jakiegoś zjawiska lub ludzi, namówić ludzi do decyzji, wiary, która ma niewiele wspólnego z ich naturą i pragnieniami.
Doroślejąc miałem nadal dość ubogie doświadczenia partnerskie, co pogłębiło moje wejście w mistyczną częstotliwość seksualności. Ascetyczne ścieżki parte na celibacie traciły w moich oczach autentyczność równie szybko jak robienie z dziewictwa cnoty i mit o płaskiej ziemi czy duchowej wartości narkotyków.
Ze zdumieniem obserwowałem ile importowanych orientalnych nauk przyoblekało na naszym terenie wstydliwy woal pruderii, gloryfikując celibat, lub ostrzegając przed “utratą esencji” w wyniku orgazmu zewnętrznogenitalnego jakby genitalia powstały w naszym ciele poprzez okrutny żart..
Miałem jednak bezsprzeczny przywilej pogłębić swoje autoerotyczne doświadczenia poprzez kontakt z tantrą i tymi bardziej rozluźnionymi z nauk buddyjskich, które do reszty odczarowały moje widzenie ciała z ciśnienia postbiblijnego stresu, jak też zmyły zeń patynę njuejdżowego maskowania wstydu smutnymi technikami traktującymi seks jak utopijną inżynierię pełną dziwnych pułapek i współzawodnictwa.
Z takim doświadczeniem rozpoczęło się moje życie seksualne, co uważam za piękną pomoc w odsiewaniu płytkich zabaw, polegających na unikaniu intymności od mocnych relacji, w których moje odkrycia mogły naprawdę przynieść uczestnikom wiele głębokiej, bezpretensjonalnej radości.
Najciekawszym odkryciem jest to, że bogate życie autoerotyczne jest prawie zawsze fundamentem niesamowitych doznań partnerskich a wymiana doświadczeń w tym zakresie jest jedną z najsilniej fascynujących form integracji interpersonalnej i nierzadko miłości. W kontaktach z osobami o zblokowanej lub traumatycznie doświadczonej seksualności, autoerotyzm i świadomość seksualna i zmysłowa ma wręcz terapeutyczny wpływ na osoby skrzywdzone (rzecz jasna za ich świadomą zgodą i gotowością), w sytuacjach, gdzie platoniczna terapia rozkłada bezradnie ręce.
Po dziś dzień uważam, że dobra masturbacja jest lepsza niż byle jaki seks, co ma głębszy ukryty sens, polegający na tym, że nie mając świadomości mocy własnego ciała, niewiele się zyska na mnożeniu interakcji.
Ponieważ moje życie zetknęło mnie z niewielką ilością jednostek dość dojrzałych, by nie projektować pragnienia poczucia bezpieczeństwa wewnętrznego dziecka na dorosłą relację zrozumiałem, że moja Przestrzeń pragnie mi przez to coś powiedzieć, uparcie nie gasząc ogniska mocy seksualnej jednocześnie ukazując jak relatywnie niewiele jest jeszcze w moim świecie na to otwartości (w moim wiecie, a więc i przeze mnie tworzonym).
Wówczas zetknąłem się z czymś, co pogłębiło moje wewnątrzcielesne doświadczenia obudzone przez lata autoeksploracji, nauk tantrycznych i form wewnętrznych sztuk walki. Z pracą działającą na mądrość organizmu jak szkło powiększające, z bardzo ciekawą formą współczesnego szamanizmu (niech mnie skażą za to nadużycie 🙂 ) nazwaną metodą Feldenkraisa..
Pominę tu opis samej metody. Będzie na to więcej miejsca później.
Powiem tylko, że wraz z jej nadejściem nastąpiło swoiste deja – vu moich autoerotycznych doświadczeń i tęsknot z okresu dzieciństwa, dając mi pojęcie otwierania się jeszcze bardziej kolosalnej przestrzeni uświadomienia potęgi seksualizmu.
Z powierzchownej, lub wstydliwej roli rozrywkowo – reprodukcyjnej potęga ta, gdy jej pozwolić, wychodzi na szerokie wody tego, czym, jak sądzę dziś, jest w istocie – potęgą dotyku, potęgą przyjemności, potęgą inwazji układu nerwowego w coraz szersze obszary obecności i zadomowienia w kosmosie. Eksplozją zaufania do własnego istnienia i motoryką każdej jednej funkcji mojego umysłu – ciała.
O czym istotnie, co teraz widzę – uczyła tantra i inne otwarte na tę moc ścieżki.
Zatoczywszy spiralę w świecie zmysłowości, mam wrażenie, że dopiero rozpoczynam tę fascynującą eksplorację.. po raz pierwszy jednak czując, że odbywa się to bez poczucia winy, konieczności angażowania się w wielopiętrowe emocjonalne przepychanki i uzależnienia interpersonalne..
Skupienie na seksualności jaką jest od pierwszych dni naszego istnienia w ciele, gdy kształtuje się przyjemność dotyku i zdolność układu nerwowego do manifestacji rozkoszy, daje nam kolosalnego sprzymierzeńca w kształtowaniu osobistej, radosnej i pozbawionej wstydu samodzielności. Zaufanie zaś do procesu, raczej niż obsesja osiągów i rezultatów jest esencją satysfakcji, opartej na permanentnym zaskoczeniu sobą samym i własnym światem przeżyć.
Stając się podwaliną akceptacji tego, kim jestem. Gdy ciało czuje się szczęśliwe nie dlatego, że jest darem jakiegoś boga, lub posiada jakąś szczególną świętość , lecz dlatego, że jest.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s